Wyobraźcie sobie sytuację, w której współgospodarz mistrzostw kontynentu zatrudnia nowego trenera na niespełna 3 tygodnie przed rozpoczęciem imprezy, większość kadry stanowią naprędce naturalizowani piłkarze, a piłka nożna nieustannie przenika się z polityką. To wbrew pozorom nie jest opis tego, co dzieje się ( będzie się działo?) w polskim futbolu. To wszystko ma miejsce w Gwinei Równikowej. Kraju, w którym Franciszek Smuda miałby ogromny komfort pracy - mógłby "farbować lisy" do woli, gdyż pospieszne naturalizacje mają pomóc w uniknięciu blamażu w Pucharze Narodów Afryki 2012.
Podobieństwa do reprezentacji Polski są całkiem spore, jednak w Afryce często dzieją się jeszcze dziwniejsze rzeczy. Gwinea Równikowa nigdy wcześniej nie wystąpiła w PNA, co dopiero mówiąc o mundialu. Reprezentacja sklasyfikowana jest na 150. miejscu w rankingu FIFA, tuż za takimi potęgami jak Samoa czy Lesotho. Biorąc pod uwagę tylko afrykańskie zespoły jest to... 42. miejsce, spośród 53. Dla porównania, z europejskich reprezentacji mniej punktów mają tylko Malta, Andora i San Marino. Już ten fakt powinien obrazuje, z jaką "potęgą" mamy do czynienia.
- Władze federacji chcą upewnić się, że zespół dobrze zagra w mistrzostwach kontynentu i przebrnie przez pierwszą rundę. To wielkie wyzwanie, ale zamierzamy zrobić wszystko by je zrealizować - mówił w zeszłym roku Henri Michel, były już trener kadry. Kluczowe są pogrubione słowa - działacze rzeczywiście nie przebierali w środkach i rozdawali paszporty na prawo i lewo, by upewnić się, że kadra nie da plamy na PNA. Rozmachu z jakim to uczynili nie powstydziłby się sam Franciszek "anty-farbowane lisy" Smuda. Ciężko jest jednoznacznie ustalić ich liczbę, gdyż istnieje kilka przypadków podobnych do Ludovica Obraniaka, a co do niektórych piłkarzy brak jakichkolwiek informacji. Śmiało możemy jednak przypuszczać, iż sytuacji a la Roger Guerreiro (naturalizowany piłkarz nie ma nic wspólnego z nowym krajem) jest ok. 15. Są to piłkarze pochodzący w większości z Hiszpanii oraz Brazylii, ale znajdziemy również graczy z Kamerunu, Nigerii, Wybrzeża Kości Słoniowej, Senegalu, Ghany, Liberii.
Sam Michel był sceptycznie nastawiony do pomysłów działaczy i między innymi z tego powodu nie poprowadzi afrykańskiej wersji Wieży Babel w PNA. Francuz po raz pierwszy zrezygnował w pracy w październiku ubiegłego roku, po nieporozumieniach z ministrem sportu, a zarazem... synem prezydenta kraju, Teodoro Obianga. Michel preferował powoływanie młodych piłkarzy z Gwinei Równikowej, podczas gdy minister naciskał na szukanie graczy poza granicami kraju. Francuz złożył rezygnację, jednak prezydent Obiang przekonał go do pozostania na stanowisku, dymisjonując swojego syna. Działacze w federacji piłkarskiej nie przestali jednak wtrącać się do składu, a ostatecznym czynnikiem przesądzającym o grudniowej dymisji (na niespełna miesiąc przed turniejem) stały się "słabe warunki pracy".
- Zrezygnowałem po raz drugi z posady, gdyż żądania przeze mnie przedstawione nie zostały zrealizowane. Nie chodzi o kwestie polityczne, jak to miało miejsce w przeszłości, tylko o techniczne trudności wokół drużyny - twierdził Michel w wypowiedzi dla France Football.
Władze federacji po nieudanej przygodzie z Francuzem postawiły na... a jakże, Brazylijczyka. Gilson Paulo nigdy wcześniej nie prowadził żadnego klubu, był jedynie dyrektorem sportowym w akademii piłkarskiej Vasco Da Gama. Trudno nie uniknąć wrażenia, iż decydującym czynnikiem o jego zatrudnieniu był paszport. Konkretniej widniejąca w nim narodowość.
Jak to się zaczęło?
Politykę naturalizacji wprowadził w Gwinei Równikowej Antonio Dumas, brazylijski trener, który prowadził kadrę współgospodarzy PNA od 2004 do 2006 roku. W tym czasie, dzięki jemu wstawiennictwu, naturalizowano co najmniej siedmiu piłkarzy z Kraju Kawy. Gdy wcześniej pracował w Togo, "sprowadził" ze sobą aż sześciu graczy. W obydwu przypadkach dało to mierny efekt, jednak Togo awansowało do Mistrzostw Świata w dużej mierze dzięki zawodnikom "wynalezionym" właśnie przez Dumasa.
Tylko 6 z 23 piłkarzy powołanych na turniej gra na co dzień w Gwinei Równikowej - jak na warunki afrykańskie nie jest to zwykły wynik. Uwagę zwraca fakt, że aż 10 graczy występuje na hiszpańskich boiskach, z czego żaden w najwyższej klasie rozgrywkowej, a tylko 4 w Segunda Division. Powiązania Gwinei Równikowej z Hiszpanią dziwić nie mogą, wszak afrykański kraj był kolonią Mistrzów Świata i Europy przez 190 lat, wyzwalając się spod ich jarzma dopiero w 1968 roku.
Najbardziej znanymi piłkarzami są z pewnością Rodolfo Bodipo oraz Javier Balboa, których ojcowie pochodzą z Gwinei Równikowej, sami natomiast wychowali się w Hiszpanii. Pierwszy z nich znany jest z występów w Racingu Santander oraz Deportivo La Coruna, mimo iż w galicyjskim klubie nigdy nie odnalazł formy strzeleckiej z El Sardinero. Za to Balboa jako jedyny piłkarz z Gwinei Równikowej miał zaszczyt grać w Realu Madryt, strzelając 1 bramkę w 7 meczach. Od tej pory jego kariera przypomina jednak równię pochyłą, obecnie reprezentuje barwy Beira-Mar. Czemu się jednak dziwić, jeżeli jako skrzydłowy w 127 meczach strzela zaledwie 7 bramek?
Polityka naturalizacji piłkarzy wzbudza jednak sprzeciw również wewnątrz reprezentacji. W Polsce żaden piłkarz oficjalnie nie zaprotestował przeciwko zapraszaniu "futbolowych śmieci" do kadry, w Gwinei Równikowej znalazł się jeden odważny gracz. Juvenal Edjogo-Evono, wicekapitan kadry w dość ostrych słowach wyraził swoją dezaprobatę dla takich praktyk.
- Wolałbym tracić trzy czy cztery gole co mecz grając z rodakami, niż występować w reprezentacji złożonej z piłkarzy z różnych państw. Jeśli posiadasz bramkarza z Brazylii, napastnika z Nigerii, a pomocnika z Kamerunu, to już nie jest reprezentacja, tylko klub - twierdzi Juvenal. Co ciekawe, sam pochodzi z Hiszpanii, jednak posiada gwinejskie korzenie. W wywiadzie dla BBC zarzuca władzom krótkowzroczność, to że takie rozwiązanie jest tylko tymczasowe oraz brak jakichkolwiek zasad moralnych. Taka impreza powinna stanowić okazję do zbudowania systemu szkolenia i wypracowania długofalowej strategii. Stało się jednak inaczej. W ten sposób według niego Gwinea Równikowa upodobniła się, a nawet przebiła Gabon (swoją drogą, drugi współorganizator imprezy) czy Burkina Faso.
Juvenala popiera inny gwinejski piłkarz, który w tym samym wywiadzie narzekał, że niewiele można z zaistniałą sytuacją zrobić, a władze "ufają wyłącznie piłkarzom spoza Gwinei Równikowej", nie dając jednocześnie szans rdzennym piłkarzom na pokazanie się. Jak sam mówi, otrzymał zbyt mało czasu by zaprezentować swe umiejętności w kadrze i czuje się przez nią oszukany.
Federacja odbija jednak piłeczkę. Twierdzi, że o powołaniach decyduje wyłącznie trener (co nie do końca jest prawdą, patrząc na casus Henriego Michela) oraz to, że naturalizacja piłkarzy odbywa się "zgodnie z regułami ustanowionymi przez FIFA". Być może i tak się dzieje, jednak twarde zasady to nie wszystko. Gdzie miejsce na etykę, odrobinę honoru?
Przeciwko przyznaniu prawa do organizacji Pucharu Narodów Afryki Gwinei Równikowej protestowały liczne organizacje chroniące prawa człowieka. Jedną z nich jest EG Justice, której dyrektor wykonawczy, Tutu Alicante uważa, że prezydent Teodoro Obiang powinien skupić się wpierw na poprawie stanu życia mieszkańców, a nie przeznaczać miliony na budowę dwóch stadionów na imprezę. Dla autorytarnego władcy ważne są jednak inne czynniki. Dzięki organizacji takiej imprezy może kontynuować budowę swojego wizerunku władcy "niczym Boga w niebie" oraz osoby "w stałym kontakcie z Wszechmogącym". Pomoże mu to tworzyć pozytywny PR, wmówić ludności, że kraj stale się rozwija i coraz więcej znaczy na arenie międzynarodowej. Obiang liczy na poprawę swego wizerunku na świecie. I zapewne swój cel osiągnie. Przypadek Gwinei Równikowej po raz kolejny udowadnia, jak piłka nożna potrafi się mieszać z polityką i to, że niektórzy zrobią wszystko, byleby nie przegrać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz